Stara historia

Jest prawie listopad, ponoć czas chłodu. Napisalibyśmy coś o twarzach wyrytych w rzepach i dyniach, pokazalibyśmy parę fotek szaro-burych bagien czy okazałych muchomorów… Ale nie. Tym razem listopad jest gorący. Rozum zasnął, obudziły się upiory, będzie ostro i politycznie.

Jak zgrana płyta znów opowiada się stara historia. Łowcy czarownic już zbierają drewno, a naczelny inkwizytor szykuje nam widowiskowe auto-da-fé. Jak zwykle są tylko dwie opcje, można być służebnicą pańską, co jej się stanie wedle słowa ichniego, albo nierządnicą babilońską. Odbyliśmy na Lichu wiele podróży śladami czarownic, heretyków i innych odszczepieńców i dotychczas nie sądziliśmy, że w pewnym momencie uda nam się to przeżyć tak dosłownie.

Przez lata chcieliśmy wierzyć, że dawne czasy minęły, że to, co było kiedyś, obserwujemy z ciepłego fotela cywilizacji i praw człowieka. Tłumaczyliśmy sobie, że niedostatki w dziedzinie naszych praw do naszego ciała można zatkać podróżą na Słowację i ostatecznie to jakiś taki tymczasowy lapsus w historii, która na pewno ma jasno ustalony bieg w stronę światła, rozumu i równouprawnienia. Byliśmy wygodni, mili i cywilizowani, piliśmy kawki na mieście, a najnowsze wymysły władzy podawaliśmy sobie na fejsbuniu jako coś, pod czym należy wkleić ikonkę „Wrr” czy podpisać petycję online, a nie coś, co ma potencjał zburzyć nasze życie.

Stworzyliśmy sobie ciepły bąbelek, w którym gdzieś, na podświadomym poziomie, uwierzyliśmy, że żadne z tych strasznych rzeczy, których ślady oglądamy w różnych miejscach, nie może się zdarzyć tu i teraz, nam, bo przecież aż tak daleko się nie posuną. Prawda? Przecież niemożliwym jest, aby teraz, w erze smart-wszystkiego autentycznie ścigać czarownice.

To było urocze, naiwne założenie.

Kiedy piszę te słowa przez feed na gazecie.pl właśnie przewija się cytat z niesławnego ministra edukacji – „To jest atak na nasze wartości, na nasze świętości. (…) Niekiedy mamy do czynienia wręcz z oznakami satanizmu”. Na wstępie pominę litościwie fakt, że prawnie rzecz biorąc to satanizm nie dość, że jest legalny, to jeszcze teoretycznie na równych prawach z katolicyzmem. Jest to jednak nie jakiś tam losowy tweet czy pasek TVP, ale minister mający pretensje do uczenia młodzieży wyciąga z worka ojca wszystkich strachów, tego samego, który wieki temu posłał na okrutną śmierć tysiące osób.

Nie śmiejcie się, to jest zupełnie na serio. Jeżeli jeszcze nie zauważyliście, mamy państwo realnie wyznaniowe, rządzone przez katolicki fantazmat, w którym protesty o prawa człowieka są odbierane w kontekście mistycznego pojedynku. Taka wizja uzasadni każde działanie podjęte w celu jego zwycięstwa i o ile nie podejrzewam już nikogo o estetykę stosów i szubienic, to jednak nie należy wykluczyć estetyki pał, gazu i gwałtów więziennych. I nie ma co się łudzić, że jak będziecie nawoływać do spokoju, dystansować się od wulgaryzmów czy farby w puszce, to nie zostaniecie zaliczeni do grupy wywrotowej. Ostatecznie można być albo służebnicą albo nierządnicą, jeżeli nie wybierzecie same, to zostanie wybrane za was.

My tutaj, na Lichu, nigdy nie uciekaliśmy przed rolą, którą przyszło nam grać w tym teatrze cieni. Rola duetu diabła i czarownicy została nam nadana dużo wcześniej, w całym procesie naszej socjalizacji, i tę rolę będziemy grać z dumą. Mówią, że jesteśmy satanistami? Niechaj tak się stanie! „Nigdy nie zapominaj kim jesteś. Reszta świata tego nie zapomni. Noś to jak zbroję i wtedy nie można cię tym skrzywdzić.” Żadna tam święta księga, ale nawet w popkulturze można znaleźć ładne hasła. Weźmy te ich wszystkie obelgi na sztandar i pokażmy, że to też nasza przestrzeń symboliczna, i też potrafimy ukuć z niej piękną narrację. Nie mają monopolu ani na wartości, ani na „uczucia wyższe”, ani na to, czym ma być ten kraj.

Napiszemy naszą własną opowieść, w której każdy ma prawo do swojego ciała, w której nikt nie będzie przepraszał za żaden „grzech Ewy”, w której w centrum jest to, co jest namacalne – człowiek jako część odwiecznego kręgu życia. W której ból nie jest wartością a przyjemność nie jest zbrodnią, w której nasze potrzeby są wartością samą w sobie, a nie ofiarą na ołtarz. Wedle książki do filozofii jesteśmy świeckimi humanistami z nutką spinozańskiego panteizmu, ale skoro druga strona woli satanizm, to, cóż, chcecie to macie.

Dlatego też PiSowi i wszystkim oburzonym symetrystom odpowiemy tak, jak skazana w procesie o czary w Szczercowie Jagnieszka. Gdy na stosie ksiądz zapytał ją, czy „przez wzgląd na Pana Boga Ukrzyżowanego odpuszcza ludziom grzechy”, odpowiedziała prosto – jebał was pies. Koniec ze służebnicowaniem.

Zdjęcie z klasztoru na Łyścu, który to klasztor właśnie próbuje przejąć kawałek Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Jakoś tak wydaje się adekwatne.

Święto Sierpniowe

Gdy lato osiąga swą astronomiczną kulminację, złote pola bierze we władanie śmietanka pośród lich. Ta, której misteria sięgają początków ludzkości, jaką dziś znamy, stoi na straży kręgu życia, w łanach zboża i maków dzierży symbol tej pełni i tego miesiąca – sierp. Jej wspomnienie żyje w żniwiarskim zwyczaju zachowywania pierwszego lub ostatniego snopka zboża, w wieńcach ziół i jabłek plecionych dla „Matki Boskiej”, w śmiercionośnym oddechu popołudniowego żaru na skórze. Od Eleusis do mazowieckiego zakola za Wilanówką każde złote pole jest jej ogrodem, a każda jabłoń świątynią.

Nie będę wymieniać jej wszystkich imion, bo było ich trochę, ale na terenach Polski skojarzenie jest mało oczywiste. Marzanna kojarzy się z zimą i jej wiosennym pożegnaniem, a jednak Długosz nazywa ją tutejszą Cererą. Ten dualizm nie jest niczym dziwnym, jak spojrzymy na wiele europejskich bogiń, od greckiej Demeter przez celtycką Cailleach po germańską Holle, elementem wspólnym będzie nie tylko władanie zimą, ale też żniwa i zbiory. Paradoksalnie nigdy nie stawiano jej na czele panteonów, ale gdzieś w tle, jakby podskórnie czując, że może skosić nie tylko kłosy, ale i żniwiarzy.

Życzymy Wam więc łaskawości sierpa, pachnących młodymi jabłkami pierwszych szarlotek i chłodnych wieczorów w ogrodzie. A ponieważ jest srogą panią, to jej drobni skrzydlaci słudzy na pewno pobiorą należną ofiarę krwi.

Jaka piękna katastrofa

Gdy poprzedni raz odwiedzała ziemię, trwała epoka kamienia, tysiąc lat zanim Sumerowie wynaleźli pismo. Jakie licha widziano w niej wtedy? Czy, podobnie jak później, uznano ją za omen śmierci, uosobienie niszczącego ognia niebios? Dzisiaj komety nie budzą aż takich emocji, chociaż ten rok jest szczególny. Oddech Matki Natury na plecach ludzkości zaczyna być wyczuwalny, a Neowise podkreśla wizualnie szekspirowski tragizm tej sytuacji.

Dla nas prywatnie jednak to była fascynująca przygoda, rozpoczęta na Mazowszu, a zakończona na małopolskich wzgórzach. Utytłani błotem i rosą, przegonieni tu przez nieprzyjazne chmury, tam łunę miast, w końcu dorwaliśmy ją w pełnej krasie na wzgórzach Rudna, koło zamku Tenczynek, wieńczącą północne niebo, dokładnie w dniu jej najbliższej schadzki z Ziemią. Na miejsce doprowadziła nas magiczna trójca – skradający się lis, uciekający zając i gwiezdna niedźwiedzica, dwa pierwsze zupełnie nie metaforyczne. Jeżeli to katastrofa, to jakaż piękna.

Śladem cichego węża

Wiosna upłynęła nam pod znakiem mikrowypraw, szczególnie w rejony błotniste i mało dostępne. Na Przesilenie, przy akompaniamencie burz i aromacie wilgotnej zieleni, chcielibyśmy Was zabrać blisko i daleko jednocześnie, śladem jednej z naszych majowych wypraw. Gdzie można lepiej uprawiać dystansowanie społeczne niż na bagnach?

Serce Puszczy

Tym razem dotarliśmy do samego serca Puszczy Kampinoskiej, jednego z niewielu terenów, które wciąż zachowały oryginalny charakter tutejszej roślinności. Wysokie wydmy pod Pociechą uniemożliwiły przekopy melioracyjne i pomimo bliskości Warszawy teren ten jest wciąż przez większość roku pokryty wodą. Na mapie administracyjnej znajdziecie go jako Obszar Ochrony Ścisłej „Sieraków” a jego serce stanowi kotlina bagienna „Cichowąż”.

Jeszcze Warsewy na świecie nie było, jak się to stało.

Legenda puszczańska ze zbioru:
Album Literackie : pismo zbiorowe poświęcone dziejom i literaturze krajowej

Cofnijmy się nieco w czasie, gdy nie tylko Warszawy na świecie nie było, ale rówież i jej założycieli. Cofnijmy się do czasów, gdy z terenów obecnego Mazowsza cofał się lądolód, a terenem obecnego Kampinosu płynęła Prawisła. Ponad 10 razy szersza niż obecnie, wydrążyła koryto pełne zagłębień i piaszczystych wysp. Te wyspy dziś stały się wydmami, a pomiędzy nimi, w wilgotnych zagłębieniach, swój dom znalazły ciche bagienne licha.

Był to król i królowa, a mieli prześliczną córkę, mieszkali w złocistym pałacu. Królewna już wy­rosła, ale zawsze tęschniła czegoś, i zawsze płakała. Miała zło­cisty pierścień na palcu, jak raz piła wodę ze studni, pierścień upadł do wody.

Droga zaczyna się prosto, z małego parkingu w Sierakowie. Trzeba się przygotować na nie całkiem krótki spacer, całe kółko to około 15km, czyli jakieś 3 godzinki niespiesznego tempa.


Pierwsze kilometry to prawie autostrada i dobrze oznaczony szlak, ale aby dotrzeć do samego serca bagna trzeba nieco się już wczytać w mapę i nie przegapić wejścia na cieniutką ścieżynę, która później wiedzie nasypem przez podmokły teren. Nie polecamy spaceru na dziko, gdyż, po pierwsze, jest to obszar ochrony ścisłej, a więc należy ograniczyć swoją obecność do minimum, a po drugie, z praktycznego punktu widzenia zapewne okaże się to niemożliwe. Ścieżka, pomimo początkowego wrażenia, że jest to dróżka zwierzyny leśnej, umożliwia przejście suchą nogą przez płynącą samym środkiem bagna rzeczkę zwaną Wilczą Strugą.

Królewna nuż płakać, ręce łamać, aż tu z wody wychyla głowę śliczny wąż ze złocistą koroną na głowie, i tak zagadał – Jak będziesz moją żoną, to ci oddam pierścień, bo ja nie wąż, ale zaklęty królewic – I zaraz się przedzierzgnął w ślicznego chłopca.

Królewna jak go zoczyła, tak ogniście pokochała, i zaraz z nim poszła, a mieszkał on w lochach podziemnych nie daleko pałacu, gdzie rosły wielkie dęby. Otworzył drzwi, których nikt nie widział, i wprowadził do swego zamku. A był to śliczny zamek, cały złocisty, a dach koralowy. Tam żyli szczęśliwie, i królewna powiła syna. Wąż ją zaklął, żeby nikomu nie mówiła, kogo ma za męża, i żeby nigdy do pałacu rodziców nie zaglądała. Przyrzekła królewna, i dotrzymała słowa.

O ile droga do tego punktu stanowi zwykły spacer ubitą, cywilizowaną drogą, tu zaczyna się autentyczne zejście do lochów wężowego władcy. Zieleń zaciska się wokół, a każdy nieuważny krok prowadzi w mokre kępy, które być może dały nazwę tej puszczy.

Korona Króla Węży

Gdy podążamy tropem węża w złotej koronie czas znów staje się nieco względny. Tym razem przenosimy się wieleset lat do tyłu, do czasów wczesnego średniowiecza. Nikt nie wie jak dawno sięgają baśnie o Królu Węży, ale Andrzej Szyjewski w swojej „Religii Słowian” wskazuje ten motyw jako ważny element mitu o Żmiju – słowiańskiej wersji smoka jako bóstwa chtonicznego. Podobne opowieści można usłyszeć w całej południowej Polsce, szczególnie w górach, i w Polsce łączy je element złotej korony i złotego pałacu w podziemiach. W wersji podstawowej nie ma w nim motywu miłosnego ani zamiany w człowieka, ale zawsze występuje jakiś wybraniec, który wkradł się w wężowe łaski. Temat ten powtarza się w jakiejś formie w całym kręgu kultur zachodniosłowiańskich, aż po Bałkany, można więc założyć jego kształtowanie w czasach osadnictwa Słowian.

Czy królewicz z baśni jest zatem jakąś późniejszą twarzą Welesa, bóstwa podziemi, bogactwa i magii, którego łaskę warto sobie zaskarbić? Symbolika się zgadza, ale warto pamiętać, że Weles jest bóstwem dużo mocniej potwierdzonym na terenach Słowiańszczyzny wschodniej i szeroko pojętej Rusi. Na terenach polskich zaś przewija się imię Nija, wspomniany w Kronikach Długosza jako tutejszy Pluton, ale źródła na temat jego charakterystyki nie są zbyt obszerne. Echo tych postaci zachowuje również ludowa wersja najbardziej znanego kapryśnego dobrodzieja – św. Mikołaja, szczególnie na terenach prawosławnych mającego mało wspólnego z autentyczną postacią biskupa, a raczej przejawiającą tu i ówdzie znajomą już wężową symbolikę złota, zaświatów i mokradeł.

Już siedem roków się skończyło, a mały królewic skończył lat sześć, gdy raz na igraszkę wybiegł z lochu, i zaczął sie bawić pod dębami. Stary król i królowa tymczasem, ciągle płakali i kazali szukać córki. Wyśli właśnie na przechadzkę, gdy ujrzeli śliczne dziecko pod dębami. „Kto ty jesteś? Gdzie rodzice twoi?” zapytali. Ale królewic nauczony od matki nic nie odpowiedział. Wtedy stary król, rozpaloną do czerwoności blachę żelazną kazał przyłożyć chłopcu do piersi, a królewic z bólu opowiedział. Porwali go ze sobą, i kazali zabić. Królewna nie widząc synka wybiegła go szukać, ale szukała daremnie. Stary król tymczasem posłał dworzan, ci stanąwszy nad skrytemi drzwiami, zaczęli wołać: puhu! puhu! bo tak sie zwał on, mąż królewny w węża zaklęty. Puhu otworzył drzwi, i wychylił głowy, myśląc że żona go woła, a dworzanie łeb mu szablą ucięli, i całego w drobny mak posiekli.

Spoglądając na zachód od Polski, poza granice słowiańszczyzny, też znajdujemy motyw węża w złocie, odegrany zresztą na deskach najsłynniejszych teatrów w „Pierścieniu Nibelungów”. Smok Fafnir nie prezentuje się jako współczesna wersja tego mitycznego gada, latająca i zionąca ogniem. Bliżej mu do wielkiego węża żyjącego w dziczy wśród mokradeł. Zresztą historia walki z Zygfrydem opisana w islandzkiej wersji tej legendy – sadze rodu Wölsungów – dzieje się właśnie nad rzeką. Tego wężowego władcy nie da się obłaskawić, a jego skarb można wziąć jedynie siłą.

Punktem zbieżnym jest fakt, że w obu przypadkach mamy do czynienia z zaklętym w węża królewiczem. Fafnir jest synem Hreidmara, króla karłów, istot w mitologiach germańskich bezpośrednio powiązanych ze światem podziemnym. W późniejszych dziełach motyw ten można spotkać w wielu baśniach, głównie rejonu centralnej i północnej Europy, rozwinięty w cały blok historii o wężowych książętach, często z jakimś drogocennym elementem, czy to w postaci złotych łusek czy diamentowego czuba. Dość często przedstawiany jest w narracji jako ofiara swego stanu i z tej sytuacji wyzwala go kobieta, czego przykładem jest powyższa puszczańska legenda. Może to skończyć się typowym „i żyli długo i szczęśliwie”… albo i to nie wystarczy, jak w naszej opowieści.

Ciężko powiedzieć, czy smutne zakończenia są tu jakimś elementem pierwotnym tego motywu (saga rodu Wölsungów jest najstarszym z tekstów źródłowych) czy może już częścią chrześcijańskiej połajanki o opłakanych skutkach bliższych kontaktów z wężem jako obliczem Szatana. Saga Wölsungów też była spisywana już w tym paradygmacie, a przeklęty skarb Fafnira nasuwa skojarzenie z zakazanym owocem, ostatecznie przynoszącym wszystkim tylko nieszczęście. Nie byłby to zresztą pierwszy przykład takiej ewolucji, w końcu chrześcijaństwo gloryfikuje czystość i niewinność, a wąż jest w tej symbolice od zawsze powiązany z jej utratą. Nie mniej jednak to tylko spekulacja i oryginalny wydźwięk wężowego złota pozostaje ulotny.

Królewna próżnie cały dzionek szukała syna, powraca, i zoczyła tylko sztuczki posiekane ze swego męża, a obok leżał zabity mały królewic. Wtedy z wielkiego żalu przemieniła sie w kukułkę, lata i teraz po lesie, i woła ‚puhu! puhu!’ bo woła do siebie męża i syna!

Zamek złocisty z koralowem dachem zaraz sie zapadł, jak zabili męża: król stary i królowa ze smutku usechli we wióry i pomarli, a pałac ich sie zawalił, i tam jezioro płynie, a z pod wody słychać jeszcze jak płaczą i jęczą!

Wężowa Oblubienica

Kończąc opowieść o Królu Węży zatrzymajmy się na chwilę przy królewnie. Byłaby to klasyczna historia porwania i powrotu z zaświatów, gdyby nie motyw zamiany w kukułkę. Tutaj robi się nieco ciekawiej, bo kukułka jest powiązana z wyrajem, czyli słowiańskimi zaświatami. Boris Uspieński, rosyjski lingwista i historyk kultury, wiąże kukułki z postacią rusałki. Rusałka jest wschodniosłowiańskim demonem wodnym, powstającym po śmierci młodej kobiety, znanym szerzej z porywania chłopców.

Przyjmując to założenie można popatrzeć na tę całą historię jako na swoisty prequel czy historię pochodzenia jakiejś odmiany rusałki jako dziewczyny, która odchodzi z ludzkiego świata w zaświaty, ale rodzina nie pozwala jej odejść do końca, skazując na zawieszenie. Czyż to nie klasyczna historia o duchach niespokojnych zmarłych? Cała historia zaczyna się wszak od wpadnięcia pierścienia do studni, można więc spekulować, że mamy do czynienia z nienazwaną wprost historią topielicy.

W etnosie słowiańskim generalnie ludzie zmarli przez utonięcie budzą szczególny rodzaj lęku. Folklor zachodni nadaje im formę diabłów, wschodni świętych i można znaleźć ostrzeżenia przed ratowaniem takich osób. Polski historyk Bohdan Baranowski wspomina o dobrze udokumentowanym zwyczaju składania ofiar składanych demonom wodnym – tu kury, tu koguta, tam nawet konia. Czy tym torem myślenia topielcy nie byli traktowani jako ofiara, którą wodne bóstwa pobrały sobie same? Byłoby to spójne z tabu ratowania tonących i ze smutnym zakończeniem naszej opowieści. Królewnie nieszczęścia nie przyniosło małżeństwo z Królem Węży, ale fakt, że rodzice próbowali ją uratować.

Patrząc szerzej, motyw ofiary wodom wydaje się paneuropejski. Od słynnych duńskich mumii z bagien przez historię Andromedy aż po nordycką boginię morza Rán, która zabiera sobie topielców. W islandzkich sagach znajdujemy nawet wspomnienie, że żeglarze chcą utonąć ze złotem w dłoni, jako podarkiem dla niej.

W polskich legendach ważną postacią, która wskazuje na mocną obecność tego motywu nad Wisłą jest Wanda, córka Kraka, znana z tego, że „nie chciała Niemca”. W przeciwieństwie do typowo znanej wersji „ucieczki od małżeństwa w śmierć”, w jednej z najstarszych wersji tej legendy (XIII wiek) czytamy, że skacząc do Wisły „złożyła w ofierze bogom samą siebie” w podzięce za już uniknięcie małżeństwa. Patrząc, że w sąsiedniej legendzie o Kraku występuje smok przyjmujący ofiary z bydła i dziewic, można się zastanowić na ile przypadkowe jest umieszczenie tych dwóch motywów tuż obok siebie. Wszak mówimy o chrześcijańskich kronikarzach, którzy przy pomocy pokonywania smoka czy węży często ilustrowali podbijanie dawnych wierzeń, szczególnie tych związanych z ziemią i wodami.

Nie sposób tu też pominąć wątku erotycznego, jak na Letnie Przesilenie przystało. W poprzednim akapicie wspomnieliśmy, że w baśniach popularny jest motyw, że dziewczyna odczarowuje wężowego królewicza. Co jeszcze należy dodać, to że zwykle odbywa się to poprzez spędzenie kilku nocy z wężem. W naszej kampinoskiej baśni królewna rodzi dziecko, co dość jasno podkreśla rodzaj jej związku. Czy zatem można się pokusić o tezę, że rusałka-uwodzicielka to dalekie echo postrzegania śmierci w mętnych wodach jako swoistego rodzaju świętego małżeństwa? Ptaki i węże spotykają się wszak w wyraju stanowiąc nierozłączny dualizm w mitologii wschodniosłowiańskiej.

Mogilny Mostek

A wracając już z opowieści wężowych do Kampinosu z pozostałych ciekawostek należy zanotować fakt, że w okolicy znajduje się inne miejsce, też nawiązujące do śmierci kobiety nad rzeką – Mogilny Mostek nad wspomnianą wcześniej Wilczą Strugą, kawałek na północ Sejmikową Drogą od naszej trasy przez bagno. Tam co prawda mamy do czynienia z legendą lokalną o zbrodni pospolitej – zabójstwie dla pieniędzy – ale fakt umiejscowienia tej historii na mostku na rozlewisku rzeki i zwyczaj zostawiania suchych patyczków dla rozpalenia ogniska mającego oczyścić z grzechów pałętającego się ducha dają do myślenia. Czy zamordowana córa karczmarza z Mogilnego Mostka i księżniczka-kukułka wiecznie szukająca zmarłej rodziny to fragmenty tej samej historii? Tego pewnie nigdy się nie dowiemy.

Wody Życia

Wilczą Strugę pokonaliśmy jednak groblą przez sam środek bagna. Poziom wody był wtedy dość niski, ze względu na długotrwałą suszę, dzięki czemu bez problemu przeszliśmy całą groblę suchą nogą – odradzamy jednak próbowanie w okresie co większych opadów, szczególnie, że w kilku miejscach groblę przecinają nieprzykrytymi rowami odnogi rzeczki.

Widok z grobli na Wilczą Strugę, środek bagna Cichowąż

Zachęcamy natomiast do uważnego rozglądania się po okolicy. Wilgoć sprawia, że okolica tętni zielenią i można spotkać tu cały przekrój fauny i flory. Jeżeli do spaceru włączy się również ścieżkę dydaktyczną „Do Starego Dębu” (aby na nią trafić, wychodząc z dróżki przez bagno trzeba skręcić na północ, w kierunku Dziekanowa), to można przeczytać dokładny przewodnik po lokalnym ekosystemie na rozstawionych wzdłuż niej tablicach edukacyjnych.

Nam udało się spotkać na tym bagnie łosia, żurawia oraz zaskrońca. Niestety żadne z nich nie chciało poczekać na wyciągnięcie aparatu – łoś przemknął w sporej odległości przez zarośla z głośnym tętentem, żuraw głośno pokrzykiwał z oddali, a zaskroniec szybko się skrył, gdy walczyliśmy z ustawieniami obiektywu. Tego ostatniego szczególnie żałujemy, bo może mielibyśmy w końcu dobre zdjęcie Króla Węży – wszak najprawdopodobniej jest właśnie zaskrońcem, ze względu na popularność tego węża na tym terenie. Spójrzcie na nasadę jego czaszki i żółte łuski okalające głowę, może wężowe złoto ma o wiele bardziej prozaiczne wytłumaczenie?

Zdjęcie z zasobów Wikimedia Commons:
Autor: Lukas Jonaitis, na licencji CC BY 2.0

Wody Śmierci

W trakcie naszej wędrówki złapał nas zachód, dzień miał się ku końcowi. Zieleń zaczęła wpadać w złoto i czerń, królestwo węża z jasnej plątaniny liści zmieniło się w labirynt. Wędrując zmierzchem po dziewiczym mokradle Cichowąża można łatwo poczuć zdradliwość tego miejsca i postawić się w butach ludzi, którzy chodzili tu zanim wynaleziono mapy turystyczne na komórce, latarki i materiały wodoodporne.

Zgubić się się tu wtedy oznaczało o ile nie realne zagrożenie życia, to przynajmniej wrażenie odbycia podróży w zaświaty i ostrzeżenia przed lekkomyślnością przepełniały mądrość ludową.

Tutaj widzimy właśnie drugą stronę folkloru okołoprzesileniowego, która zwykle znika za romantycznymi opowieściami o wiankach i kwiecie paproci. Noc Kupały była wyjątkowa właśnie dlatego, że była wspólna i społeczność gwarantowała bezpieczeństwo. Pojedynczy śmiałek, który chciałby skorzystać z uroków wód lokalnych rzek wieczorową porą wczesnego lata miał całkiem realną szansę trafić w plątaninę chaszczy, które niczym rusałka zabierały nieszczęśnika w ostatni taniec.

Zgodnie z podaniami ludowymi dotyczącymi rusałek i innych duchów leśnych z rejonów wschodnich szczególnie niebezpieczny był okres między Pięćdziesiątnicą a dniem św. Piotra i Pawła, co w skrócie przekłada się na jakieś 3 tygodnie wokół przesilenia. Ognie kupalne nie tylko chroniły przed chłodem, ale stanowiły też kotwicę utrzymującą w tym świecie, zanim diabły wód i lasów zwiodą młodzież na manowce – i te obyczajowe, i te zupełnie dosłowne.

Powrót

Królestwo węży nie ma już dziś dość mocy, by czaić się na życie nieostrożnych, jego władza nie rozpościera się już na hektary dziewiczego mokradła – dziś po zmroku, zamiast spacerkiem wrócić na parking, można co najwyżej skręcić kostkę i stracić resztki szacunku do siebie „zaliczając kibel” o rzut beretem od warszawskiej luksusowej sypialni, jaką jest Izabelin. Warto jednak pamiętać, że to my wyrwaliśmy zęby lichom i coś im za to wisimy – przynajmniej poszanowanie resztek ich siedzib i pamięć o tym, czym były w przeszłości.

Podkładka teoretyczna

  1. Album Literackie : pismo zbiorowe poświęcone dziejom i literaturze krajowej” 1848 T.1
  2. „Puszcza Kampinoska. Przewodnik” Lechosław Herz
  3. „Religia Słowian” Andrzej Szyjewski
  4. „W kręgu upiorów i wilkołaków” Bohdan Baranowski
  5. „Kult świętego Mikołaja na Rusi” Borys Uspieński
  6. „Polska bajka ludowa – słownik” red. Violetta Wróblewska
  7. „O jednorożcu, Wieczerniku i innych motywach mniej lub bardziej ważnych” Piotr Kowalski

Woda i wino, czyli historia dwóch alpejskich wiosen

Nie ma święta, które nie miałoby dwóch twarzy. Łatwo o tym pamiętać na przesilenie zimowe, gdy powrót światła jest witany w najgłębszej ciemności, czy podczas wigilii listopadowej, gdy wspominamy zmarłych w ciepłej rodzinnej atmosferze. Ale święto wiosenne? Czy to Wielkanoc dla większości, czy różne inne wariacje kręcące się wokół daty zrównania dnia z nocą, to zawsze ma ciepłą twarz rozkwitających pąków i wód porywających wszelkie brudy zimy.

In vino veritas, in aqua sanitas

przysłowie łacińskie

Opowiemy Wam zatem dwie opowieści równonocne – jedną sprzed roku, a drugą dziejącą się teraz; obie powiązane wyprawą do krainy zimnego wina i gorących wód: północnych, alpejskich Włoch.

Opowieść pierwsza – woda

22 Marca 2019, Alta Valtellina, Bormio

Zmęczeni po całym dniu szaleństwa na narciarskich stokach wsiadamy w samochód i jedziemy za miasto, na północ, pod górę, drogą na Przełęcz Stelvio. Wysiadamy tuż przed szlabanem, opatrzonym dużą ilością znaków zakazu – dla samochodów, pieszych i rowerzystów osobno, gdyż z zamkniętymi drogami w zimie w Alpach nie ma żartów: zima na tych wysokościach potrwa do końca kwietnia. Co innego w dolinach, gdzie ostatni odcinek zjazdu trasą Bormio 3000 kończy się na zabudowaniach miasteczka już całkiem maślanym śniegiem, znanym wszystkim miłośnikom różnych rodzajów desek jako „koniec zabawy” , a wokół na polanach rozkwitają krokusy i magnolie w ogrodach.

Jest późne popołudnie, gorące słońce na twarzy walczy o prymat z chłodnym wiatrem, jakby dzień już należał do lata, a noc wciąż do zimy. Jesteśmy już ponad doliną, ale wciąż daleko od przełęczy – na granicy miasta, dnia, pory roku, a nawet epoki. Wszak cel naszej jazdy – Stare Łaźnie, Bagni Vecchi – swoją historią sięgają do czasów rzymskich, a nawet prawdopodobnie i dużo wcześniej.

Bagni Vecchi, basen zewnętrzny

Jak wcześniej? Tu można spekulować. Etymologia samej nazwy miejscowości Bormio wydaje się wieść do celtyckiego bóstwa wód termalnych Borvo / Bormanusa (znanego z terenów dzisiejszej Francji i Hiszpanii jako aspekt Apolla), a wczesne plemiona celtyckie zamieszkiwały te tereny grubo przed Rzymianami. Z drugiej strony miasta wznosi się zaś grań Cresta di Réit, której nazwa prowadzi do weneckiej bogini Reitii, której świątynie często lokalizowane były przy wodach termalnych, a kultura wenecka na okolicznych terenach również poprzedza rzymską. Co jednak ciekawe, na steli z Bormio – rycinie z późnego V wieku p.n.e. – widać zarówno charakterystyczną łódkę z wygiętymi końcami, towarzyszącą wizerunkom Reitii w innych lokalizacjach, jak i wzory zbroi przypisywane Celtom z kultury Golasecca, a to sugerowałoby współistnienie owych kultur.

Na zdjęciu z lewej – rysunek steli z Bormio. Ponoć jej reprodukcja miała znajdować się w Muzeum Bormio urządzonym w Palazzo de Simoni, ale nie udało nam się jej znaleźć. Rysunek pochodzi z tablicy informacyjnej wywieszonej w miejscu, gdzie stela została odnaleziona, czyli w pobliżu XII-wiecznego kościoła St Vitalis. Wpadliśmy na nią zresztą zupełnie przypadkiem, pierwszego dnia naszej wycieczki, podczas luźnego spaceru po Bormio.

Nie udało mi się potwierdzić, gdzie znajduje się oryginał, chociaż najbardziej wiarygodne źródło wspomina Museo Archeologico Paolo Giovio w Como.

Obraz ten pokrywa się zresztą z wizją innych bóstw gorących wód w okolicy. W sąsiedniej dolinie Val Camonica, którą odwiedziliśmy kilka dni wcześniej, w miejscowości Breno, znajduje się pełnoprawne sanktuarium, wybudowane w miejscu, w którym kiedyś tryskało gorące źródło. Poświęcone jest rzymskiej bogini mądrości Minerwie w aspekcie Hygeia, które w dość naturalny sposób kojarzy nam się z czystością i higieną. Podobnie jak w Bormio, sanktuarium na pewno wyprzedza czasy rzymskie (i tam również znaleziono symbol opisanej wyżej łodzi), a nawiązania do wodnych bóstw możemy znaleźć nawet w neolitycznych rytach naskalnych w pobliskim Naquane. Czasy się zmieniają, ale motywy żyją w coraz to nowych formach, i do dziś wciąż czają się w legendach o alpejskich lichach.

Wkraczamy do łaźni. Wizytę zaczynamy od pozornie zwyczajnego, ciepłego basenu z widokiem na góry. Poza czystą przyjemnością wody na skórze – tu wody jeszcze letniej, nie bardzo gorącej – widok skał i śniegu na horyzoncie staje się wręcz namacalny z każdym powiewem nadal mroźnego, górskiego wiatru na twarzy. Wizyta w spa zwykle nie kojarzy się z mistycyzmem, ale tutaj prosta elegancja otoczenia nie próbuje zdominować szeptu tysięcy lat ciągłości kultury i rozmachu natury, której nie trzeba poprawiać.

Z bezczasowości otwartego basenu przenosimy się w końcu do najwcześniejszej twardej historii, czyli do kamiennych łaźni zwanych rzymskimi. Najwcześniejsze pewne wspomnienie o nich można znaleźć w liście rzymskiego uczonego Kasjodora z V wieku naszej ery, pisanym w imieniu ostrogockiego króla Teodahada, do doświadczonego w boju hrabiego. Aquæ Burmiæ, czyli wody z Bormio, Kasjodor zachwala jako słynne antidotum na podagrę, a zatem były już wtedy szeroko znane. Nie jest też wykluczone, że te same źródła miał na myśli Pliniusz Starszy (I wiek n.e.) w swojej „Historii Naturalnej”, wszak pochodził z ówczesnej stolicy prowincji, dzisiejszego Como.

Jest wiele źródeł słynnych ze swych gorących wód. Również pośród grani w Alpach.

Naturalis Historia
Pliniusz Starszy.
tłum. własne

na zdjęciu:
Cresta di Réit, widok z St. Caterina

Gdy antyk przeminął, a wraz z nim Apollo i Minerwa, przyszło chrześcijaństwo i swym zwyczajem w miejscu dawnych świętości zbudowało klasztor, zwany Hospitium Balneorum. Było to ksenodochium, czyli protoplasta współczesnego szpitala, coś pomiędzy schroniskiem a sanatorium. W obrębie klasztoru został zbudowany kościół San Martino, który już dawno nie istnieje, lecz imię jego patrona nosi jaskinia wykuta w skale, prowadząca do wodnego tunelu i naturalnej sauny. Na wspomnienie tych czasów zbudowano też ścieżkę drewnianej architektury średniowiecznej, w której można doświadczyć sauny i gorących wód w stylizowanych rustykalnych pomieszczeniach, pachnących żywicą i ziołami, a nawet wypełnionych relaksującymi dźwiękami natury. W podobnym czasie, prawdopodobnie w roku 1493, zawitał tu najsłynniejszy człowiek renesansu, sam Leonardo da Vinci, odwiedzając Mediolan z racji zaproszenia na ważne politycznie wesele. Nie oparł się urokowi tutejszych gór, opisując go w swym Kodeksie Atlantyckim.

Dolinę Valtellina wieńczą góry nad Bormio, zawsze ośnieżone i budzące grozę. (…)

Produkuje się tu dużo mocnego wina, a bydła jest tyle, że mleka jest więcej niż tego wina. (…)

A w Bormio są gorące źródła. (…)

Codex Atlanticus
Leonardo da Vinci
tłum. własne

Kogo zresztą tu nie było… Im późniejszy okres, tym więcej znanych nazwisk, ale gdy pełnia wstaje znad ciemnych sylwetek gór i drzew okalających termy, myśli odbiegają do czających się wokół lich. Alpejskie opowieści pełne są różnego rodzaju nimf czy innych duchów wodnych, a wśród nich ważne miejsce zajmują aquane. Jeśli ta nazwa skojarzyła się Wam z wspomnianym uprzednio Naquane, to słusznie – zarówno nazwa parku, jak i wiele rytów naskalnych tam świadczy o tym, że kult świętych wód i istot je uosabiających sięga najstarszych ludów tych ziem. Same aquane mają wiele twarzy – w najstarszych legendach są syrenami o wodnych włosach i odwróconych stopach, zmiennokształtnymi kobietami przybierających ciała wydr, a nieco później zyskują nogi i racice kozic.

Zanurzając się w tych wiecznie płynących wodach można na własnej skórze poczuć ich istotę, którą legendy opisują jako widzenie przeszłości i przyszłości, ale nie teraźniejszości. Zawsze nowa i świeża, a jednocześnie przedwieczna – woda źródlana to najstarszy archetyp nie tylko fizycznego oczyszczenia, ale i szerokiego punktu widzenia. Jednym z najstarszych atrybutów aquane są krosna, symbol nieskończonej sieci powiązań. W przeciwieństwie do popularnej symboliki wody jako emocji, relaksu czy zapomnienia, tutaj widzimy zupełnie inne skojarzenie. Czystość fizyczna i zdrowie od zawsze było postrzegane jako katalizator lotności umysłu, stąd nie będą zaskoczeniem skojarzenia bóstw wody z bóstwami mądrości. Wspomnianą Minerwę łączy z wenecką Reitią nie tylko domena wód, lecz i aspekt wiedzy. Spekuluje się wszak, że imię Reitia pochodzi od źródłosłowu związanego z pisaniem, gdyż jej imię znamy właśnie z zaskakująco wielu tabliczek wotywnych do niej skierowanych. Bormanus zaś został skojarzony z Apollem jako wiosennym bóstwem mądrości i uzdrawiania.

Tak wróciliśmy na początek opowieści, zataczając pełny krąg zarówno w tej historii, jak i w naszej drodze przez kolejne baseny, banie i wodospady. Opuszczamy termy, spoglądając w górę, na grań Reit oświetloną prawie pełnym księżycem, przypominając sobie jedną z lokalnych legend.

W zamku na górze Reit mieszkała księżniczka Fiordareit (Kwiat Reit). Pewnego dnia, zmęczona, obmyła twarz w potoku Braulio. Tam w swe czarne ręce złapał ją Duch Wód i zmusił do obietnicy, że pewnego dnia zostanie jego żoną. Po powrocie do domu jednak Fiordareit zapomniała całe wydarzenie. Lata mijały, dziewczyna dorosła i zaręczyła się z panem na Monte Scale. Pewnego wieczora, gdy wróciła ze spaceru z narzeczonym, do jej komnaty wspiął się biały wąż. Był to nikt inny tylko Duch Wód, który przyszedł po wypełnienie obietnicy. Księżniczka przypomniała sobie całe zdarzenie i chciała uciec, ale nie była w stanie. Przylgnęła do klifu, który przygarnął ją i zamienił w kamień. Z jej wyciągniętej dłoni popłynął wodospad, wspomnienie utraconej miłości.

Lokalna legenda z Valtelliny
tłum. własne

Można powiedzieć, że kąpiąc się w tych źródłach złożyliśmy obietnicę powrotu. Alpy przestały być tylko fajnymi wakacjami, ale wlazły pod skórę. Kiedy zaplanowaliśmy wizytę w Starych Termach była to swego rodzaju ciekawostka. Niby wiedzieliśmy mniej więcej jaką mają historię, ale zawsze byliśmy z tych, co raczej depczą skały niż leżą w wodzie. Jednak kiedy wszystko złożyło się w całość – przełom zimy i wiosny, dnia i nocy, śniegu i gorącej wody, kultury łacińskiej i protoceltyckiej, a w końcu legendy i faktu – wtedy, zupełnie niespodziewanie, przeżyliśmy jedno z najbardziej kompletnych doświadczeń równonocnych. Po dwóch tygodniach ostrej wyrypy – nart, łyżew, treków, zwiedzania, fotografii i ostrego researchu, a wieczorami jeszcze pracy – było to idealne podsumowanie, natychmiastowe spojrzenie z perspektywy, odsuwające gdzieś zmęczenie materiału i chaos nieodłącznie towarzyszący odruchowej maksymalizacji doświadczeń. In aqua sanitas, woda niesie jasność umysłu, na wiele różnych sposobów.

Opowieść druga – wino

21 marca 2020, Warszawa

Patrząc na pustą butelkę po winie z Valtelliny z zeszłego roku, tegoroczna równonoc smakuje gorzko. Mieliśmy świętować w Val Gardena, może wchodząc na Wiedźmie Ławki, jeżeli akurat byłoby ciepło, a może zjeżdżając na nartach z Marmolady…

Mieliśmy wybór – jechać po symboliczną nową butelkę, albo nie. Kiedy staliśmy przed tą decyzją, wiele osób jeszcze się decydowało. Gospodarz z AirBnB nie oddał nam pieniędzy za rezerwację, twierdząc, że Południowy Tyrol jest bezpieczny, choć 200 km dalej wojsko zamykało drogi. W końcu może tylko panikujemy, może to nie aż takie straszne, na pewno uda się to zatrzymać, nie ma co podejmować drastycznych decyzji… Pokusa życia jak dawniej jest potężna, bal musi trwać, wino musi płynąć, nawet na Titaniku. Ostatecznie nie pojechaliśmy, ale wielu w naszej sytuacji pojechało, i część z nich powróciło jako „pacjenci zero”, przyczyniając się do tego chaosu, który teraz stał się naszą codziennością.

In vino veritas, wino niesie prawdę – te słowa okazały się prawdziwe nie tylko w sensie, że pijani ludzie mają mniej zahamowań. Wino uzależnia i prowokuje do przymykania oka na konsekwencje swoich działań, chęć staje się kompulsją i obnaża prawdę o człowieku i jego kryteriach wartości. Nieistotne, czy to wino imprezowe czy mszalne, każdy ma jakieś swoje, które szepcze mu do ucha i kusi. Na obecną sytuację złożyło się wiele uzależnień, od specjałów kulinarnych przez całą machinę biznesową aż po potrzeby towarzysko-kulturalne. Kolejne drobne kamyczki uruchomiły lawinę konsekwencji, którą ciężko będzie zatrzymać.

Wiosna zawsze była porą testowania wstrzemięźliwości i rozsądku. Nieprzemyślane korzystanie z zapasów zabijało naszych przodków na przednówku, a na przeżycie zarabiało się właściwie całą resztę roku. Tej wiosny zbieramy smutne żniwo gospodarki rabunkowej, którą prowadzimy, aby pić to metaforyczne wino, właściwie w każdej dziedzinie życia – bachantki dorwały się do uczty, którą sami przygotowaliśmy. Jak już jesteśmy przy tych winnych porównaniach, to święta boga wina w rejonie greckim i łacińskim (Dionizja, Bachanalia, Liberalia) zwykle przypadały właśnie na okres między przesileniem zimowym a równonocą wiosenną i ich symbolika odwoływała się zarówno do twórczych jak i niszczących sił natury – szaleństwo, seks i śmierć idą w nieodłącznej triadzie. Odrywając się od dogmatów i zostając w samej sferze ewolucji symbolu, nie sposób nie zauważyć pewnych powiązań z chrześcijańską Wielkanocą. Religie zmieniają cel narracji, ale nie język, którego używają, stąd wino i krew jako ekstaza (tym razem mesjanistyczna) prowadząca do tragedii wydaje się być pewnym spójnym motywem mitycznym kultur rejonu śródziemnomorskiego. Starożytni traktowali tę zależność jako nieuchronną ofiarę pobraną przez bogów, my jednak wolimy na to patrzeć jak na całkiem racjonalne ostrzeżenie.

Tym razem nie będzie więc wina i wyjazdów. Równonoc spędziliśmy na pustych, zimnych bagnach pod Warszawą, z dala od ludzi. Umoczyliśmy buty w błocie i z pewnym opóźnieniem zjedliśmy truskawkowego mazurka, jak już różowy księżyc wypełnił się w całości. W białe góry kiedyś wrócimy, ale dopiero, jak orszak dionizyjski zaspokoi swój głód. Na razie butelka pozostanie pusta – potrzebujemy czystej wody i opamiętania, którą niesie. No i mydła, rzecz jasna, współczesnej tarczy Minerwy.

Kolory Słońca

W tym roku najdłuższa noc była ciemna. Nie rozświetlało jej skrzenie śniegu ani nawet poranny szron. Rozchwiewając delikatny balans między ciepłem a zimnem człowiek ukradł sobie nie tylko zieleń lata, ale również biel zimy. Świat powoli nurza się w odcieniach brązu, a Słońce powoli zaczyna zmieniać twarz z pięknego Apolla czy świetlistej Sol na ukryte w łachmanach oblicze Króla w Żółci. To dość niespodziewany cywilizacyjnie rozwój wypadków. Wszystkie nasze mitologie od zarania dziejów witają światło jako przeganiające licha nocy. Nie jesteśmy przygotowani symbolicznie na świat, w którym światło i ciepło przynosi śmierć.

Ale, jak mawia klasyk, ewoluuj lub giń. Również w krainie lich. Nie przeganiajmy zimowych lich wzorem naszych przodków, bo możemy dostać to, o co prosiliśmy, ale nie to, czego chcemy. Tej zimy więc życzymy i nam i Wam korony z firnu i seraków dla Zimowej Pani, obsypanych śniegiem poroży leśnych diabłów i Gonu niesionego wiatrem. Wychylmy w ich intencji grzańca i zjedzmy pierniczki by oprócz żółci i czerwieni na świecie pozostało srebro i zieleń.

Nie było nas, był las…

Z okazji wigilii listopadowej porozmawiajmy o korzeniach. Ale nie tych indywidualnych, ale naszych wspólnych, tych sięgających najgłębiej. Mówi się, że gdy pierwszy człowiek otworzył oczy, zobaczył światło. To nie do końca prawda, bo zobaczył też mrok. Mrok czarnego lasu układającego gałęzie w pazurzaste kształty, mrok nocnego nieba skrywającego bezmiar pustki, mrok toni wodnej, z której płynie życie lub śmierć. Mrok odwzajemnił spojrzenie oczyma pierwszych lich i odtąd zaczęła się trudna historia relacji człowieka z własnym strachem i kruchością.

Człowiek starał się jak mógł, prośbą, groźbą i przekupstwem, przegonić te licha. W świetle ciepłego dnia wydawało się, że jakoś się udaje. Jednak, gdy światło zanika, licha znów się wyłaniają z nagich gałęzi targanych wiatrem. Przypominają o tym, że kiedyś do nich dołączymy, nawet gdybyśmy wycięli cały las walcząc z nimi. Na naszych kościach wyrośnie nowy, a w nim znowu ktoś otworzy oczy i znów zobaczy kostropate dłonie drzew, a nasze czaszki uśmiechną się do nich promiennie z mroku dziejów, dołączając do panteonu.

Gdy ktoś Wam mówi, że szczerzące się dynie, wampiry i diabły to zło, to pamiętajcie, że on w tym momencie próbuje wyciąć las. Ciężko żyć w świecie ciągłej walki, w której strach jest tak silny, że nie pozwala nawet uśmiechnąć się do licha. Nikt nigdy nie wygrał z ciemnością, bo jest ona nieodłączną częścią świata. Próba wyparcia jej istnienia zawsze ją tylko potęguje. Dlatego my wybieramy spojrzeć jej prosto w ślepia i puścić do niej oczko. Ten czas jest bowiem świętem podwójnym – refleksji nad ciemnością i radości z jej okiełznania, chociażby na chwilę, jaką jest ludzkie życie. Jedno nie stoi w sprzeczności z drugim, wzajemnie nadają sobie znaczenie.

Życzymy Wam więc pachnącego gałką dyniowego ciasta, cieszenia się tymi, co z Wami są i ciepłych wspomnień o tych, których już z nami nie ma. Nie dajcie sobie wmówić, że życie w strachu przed własnym cieniem jakkolwiek Was uszlachetni a radość kogoś obrazi. Po prostu spójrzcie w mrok lasu, siebie i dziejów tak, by wyjść z tego spojrzenia mocniejszym. Głębia nie kryje się w wielkości plastikowego znicza ani w dopiętym pod szyję garniaku, ale tam, gdzie Wy ją widzicie. Licho z maską Terry’ego Pratchetta podpowiada nam na ucho, że spokojnie zmieści się tam i pająk na kapeluszu.

Przypadkowe uroczysko

Lato. Ponoć nie sprzyja siedzeniu w domu, ale piekielne temperatury nie sprzyjają też dalszym wyprawom, które nieuchronnie wiążą się z przebywaniem w jakiejś stalowej puszce. Tym razem wybraliśmy się więc do lasu. Takiego zwykłego, podwarszawskiego, pełnego grillujących rodzinek, crossfiterów wyrabiających swoje trzecie okrążenie i testującej swoje możliwości alkoholowe młodzieży. Na pierwszy rzut oka Las Kabacki nie wydaje się być szczególnie bogaty w licha.

Jednym z nieodłącznych elementów poszukiwania lich jest jednak odkrywanie na nowo rzeczy, wydawałoby się, codziennych. Uważne spoglądanie gdzieś za róg, pójście nietypową ścieżką, w różnych porach dnia czy roku. O ile licha spektakularne wymagają długich podróży, uporu, czasu, kasy i często dobrej kondycji, to licha ukryte wymagają tylko uważności.

Wspomnienie puszczy

Nie należy zapominać, że chociaż Las Kabacki służy jako teren rekreacyjny, mamy do czynienia z największym rezerwatem przyrody woj. mazowieckiego. Liczący sobie prawie 925 hektarów za dnia wygląda jak większy park, ale w nocy jednak można się w nim zgubić, albo przynajmniej zrobić dużo nadmiarowych kilometrów i wyjść zupełnie nie tam, gdzie się planowało.

Historycznie, pomimo dość młodego drzewostanu świadczącego o braku ciągłości, jest częścią Lasów Chojnowskich, a jeszcze wcześniej prastarej Puszczy Mazowieckiej. Próżno szukać w nim klimatu sąsiedniego Parku Natolińskiego, ale kiedyś oba te kompleksy stanowiły jedną całość i ciągnęły się aż do Góry Kalwarii. Ten drugi jest zdecydowanie bogatszy i w przyrodę jak i w klimat, ale i w Kabatach można to i owo znaleźć.

Stosując metodę wybierania co węższych ścieżek można znaleźć tam widok zupełnie nieprzystający do całej reszty ścieżek. Niewielkie bagno, pokryte gęstą rzęsą, nad którą przechodzi malowniczy mały mostek. Całość wygląda jak miniatura puszczy upchnięta w podmiejskim skwerku.

Uroczysko na miarę naszych miejskich możliwości.

uroczysko
1. «teren trudno dostępny, najczęściej bagnisty, leśny; też: miejsce odludne»
2. «część terenu otoczona naturalnymi granicami, wyodrębniona za pomocą nazwy topograficznej»
3. «u dawnych Słowian: miejsce w głębi puszczy związane z kultem bóstwa, odbywaniem narad lub uważane za siedzibę złych duchów»


Słownik języka polskiego PWN

Panienka z bagienka

Ciężko tu nie sięgnąć do całej palety bagnistego folkloru, jaki wyprodukowała nasza kultura. Najsłynniejsze diabły polskie takie jak Boruta czy Rokita zaciągały ofiary swych psot do bagien. Topielce zaludniały zarośnięte brzegi jezior i czyhały na co mniej ostrożnych nieszczęśników. Na wschodzie Polski rusałki wodziły młodych mężczyzn na śmiertelne pokuszenie w głębinach, a bardziej na południu z kolei zagrażały boginki, które łatwo było spotkać w okolicach mostów i mogły nieźle obić swymi kijankami tego, kto przeszkodzi im w praniu.

To tak w dużym skrócie zaledwie rzęsa na głębinie tego tematu. Mokradła łatwo rzucają urok na wdeptujących w nie przechodniów i nie byliśmy tu specjalnym wyjątkiem. Gra światła i mroku, która rozmywa gdzie się kończy suchy ląd a zaczyna głębina w najlepszym razie daje piękne zdjęcia i może parę przemoczonych butów a w najgorszym kosztowała życie wielu nieostrożnych zwierząt i ludzi. Szczególnie w nocy, kiedy słońce ustępuje miejsce świetlikom czy innym błędnym ognikom.

Stąd zresztą legendy o bagiennych diabłach przybierających postacie ptaków, ryb jako zwierząt żyjących na trzęsawiskach czy konia, na którego grzbiecie można zostać wbrew swej woli wciągniętym w bagno.

Nam to diabelskie licho pokazało się pod postacią kaczek, próbując skusić nas fotograficzną nagrodą do zrobienia jakiejś nieprzemyślanej głupoty. Całe szczęście jednak potwierdziło się stare powiedzenie, że złego diabli nie biorą i jedyne na czym się skończyło to kilka ukąszeń komarów.

Do tematu uroczysk i bagien wrócimy jeszcze wielokrotnie, ten tekst jest bardziej zajawką i zachętą do uważności i eksploracji swojej okolicy, bo czasami może Was ona zaskoczyć. Nie zawsze trzeba wyjechać daleko, aby poczuć magię wyprawy w nieznane.

Drodzy warszawiacy, miejsce, o którym mowa, można znaleźć tutaj:

PS. Czemu czarownica nie boi się chodzić po bagnie..? Bo moczary.

Podkładka teoretyczna:

„W kręgu upiorów i wilkołaków” Bohdan Baranowski

Na wrzosach

Zacznijmy od początku.

Na początku była pustka, a po pustce hulał wiatr. Naniósł piach, przywiał mgłę i na tej nieurodzajnej, mokrej glebie wyrosły dywany mchu i wrzosu. Szarość, zieleń i fiolet wypełniły przestrzeń po horyzont, a gdzieś wśród mokrej darni pierwsze licho puściło cierniowe oczko do pierwszego włóczykija. I zamiast pilnować swojego nosa, wrócić spokojnie do domu i zjeść kolację, poszedł biedak szukać wiatru w polu.

Początki sprawiają wrażenie wyjątkowości, chociaż w szerszej perspektywie nasza historia jest zwykle echem wielu podobnych. Z tej powtarzalności przeżyć jednak rodzą się opowieści, o których ładnie powiedziano, że „nie stały się nigdy, ale zawsze są”. Od świętej rzeczywistości mitu, przez podania i legendy, aż po towarzyszące nam od dzieciństwa baśnie czy nawet urągające logice przesądy, wszystkie zawierają jakąś cząstkę wspólnego doświadczenia danego miejsca czy sytuacji. Zaczynamy więc naszą pisaninę ze świadomością totalnej wtórności, próbując sprzedać Wam opowieści stare jak świat w nieco odświeżonym opakowaniu i mając nadzieję, że właśnie z tej wtórności uda nam się paradoksalnie może ukręcić coś chociaż trochę świeżego.

Używając delikatnej hiperboli, szanse sukcesu na poziomie szekspirowskiej  tragedii, nieprawdaż?

A jak szekspirowska tragedia to Makbet, a jak Makbet to czarownice, a jak czarownice, to wrzosowisko. Znacie dowcip z Wasylem i krową, prawda*?  Wiem, to trochę nieortodoksyjny wstęp, ale w ramach naszej pierwszej podróży z biurem „Licho, nawiedzenia i porwania” chcemy Was zabrać właśnie tam (znaczy, na wrzosowisko, nie do Trojanowa). Trudno o bardziej ikonowe miejsce, z którego można dać się porwać po raz pierwszy.

Pójść na wrzosowisko i zapomnieć wszystko

W pierwszym odruchu zastanawialiśmy się od którego wrzosowiska zacząć, jako że mamy ich już trochę w nogach. Po głębszym zastanowieniu jednak najlepszym wyborem okazał się krok wstecz i skupienie na tym czym wrzosowiska w ogóle są dla człowieka i kultury. Występują w całej Europie, znajdziemy je od ukrytych uroczysk polskich lasów aż po całe fioletowe góry Brytanii i Irlandii. Łączy je mało urodzajna gleba, występowanie iluś gatunków zaczynających się po łacinie od słów Calluna oraz Erica, i opowieści dziwnej treści o wiedźmach, Pięknym Ludzie i ziemi przesiąkniętej krwią.

Rychłoż się zejdziem znów przy blasku
Błyskawic i piorunów trzasku?
Gdy bitwa owdzie wrząca
Dociągnie się do końca.
Więc przed zachodem słońca.
Gdzież schadzka?
Jak ten chrust
Na wrzosach.

Makbet
William Shakespeare
tłum. Józef Paszkowski

Żeby zrozumieć skojarzenia idące za wrzosem warto spojrzeć na sposób ich powstawania. Wrzosowiska powstają na terenach jakoś zubożonych, czy to wiatrem, pożarem, wyrębem lasu czy wysokością. Część z nich to formacje naturalne (powyżej pewnej wysokości czy przy mocno smaganych wiatrem wybrzeżach), a część to rezultat symbiozy z dawnym stylem życia, sięgającym 5000 lat wstecz, do czasów neolitu, gdy pierwsi osadnicy Wysp Brytyjskich karczowali lasy kaledońskie (pogórze Szkocji) pod wypas bydła. W Polsce proces kształtowania się wrzosowiska możemy obejrzeć rzut beretem za Warszawą, na Wydmach Lucynowsko-Mostowieckich. Tam w 1993 roku wybuchł pożar, trawiąc las, co wykorzystała mącznica lekarska, roślina z rodziny wrzosowatych. Za nią podążyły jej fioletowe kuzynki, tworząc charakterystyczny krajobraz.

Złoto pod orlicą, srebro pod kolcolistem, głód pod wrzosem

walijskie przysłowie

Jako że istnienie wrzosowiska nieodłącznie wiąże się z nieustanną walką z jakimś żywiołem, czy to pomiędzy martwą siłą a życiem czy pomiędzy dziką przyrodą a cywilizacją, można je nazwać miejscem liminalnym (granicznym, pośrednim). Dziś takie miejsca przyciągają romantyków i niespokojne dusze, kiedyś były domem tych bez luksusu wyboru. Przy tej okazji nie sposób tu pominąć tu pewnej ciekawostki językowej. Stare angielskie słowo na wrzosowisko to heath lub heathland. O ile pomimo oczywistego skojarzenia z heather (wrzos) nie jest absolutnie pewne jak przebiegała ewolucja tych słów, bezpośrednie powiązanie jest postulowane w heathen, jako mieszkańcu pustkowia (chociaż naukowa rzetelność każe zaznaczyć, że nie jest to jedyna teoria). Zapewne dobrze znacie słowo o podobnym znaczeniu – mieszkaniec rubieży czy wsi, z łaciny paganus.

Panu Bogu świeczkę a Diabłu ogarek

Poganin. Słowo obecnie budzące skrajne emocje. Dla religii panującej to szkielet w szafie, który trudno utrzymać za zamkniętymi drzwiami. Dla współczesnego człowieka rozumu to wspomnienie mroku w świecie zalanym światłem. Dla romantyka to emocje dziecka, pierwotne i gwałtowne. Gdy chrześcijański porządek podbijał Europę, sprzyjało mu rzymskie dziedzictwo. Ubite trakty, zbadane drogi morskie i zorganizowane miasta przyniosły paradoksalny przekaz pogardy dla doczesności, wpisując całe życie człowieka w narrację transcendentnego konfliktu Dobra ze Złem. W efekcie tego dualizmu luksus duchowości wylądował w rękach tych, których życie nie zmuszało do koncentracji na rzeczach przyziemnych albo ta przyziemność była zredukowana do minimum. Była złem koniecznym wypychanym za klasztorne mury albo sprowadzonym do pokuty za grzech Adama. Cała reszta, zależna od swej woli życia, została zepchnięta do życia w wiecznej hipokryzji pomiędzy oficjalnym spoglądaniem w wieczność a praktyczną próbą oddalenia tej wieczności o kolejną zimę. Ciężej mówić „bądź wola twoja” gdy ta wola leży niepokojąco blisko śmierci głodowej. W trudnych chwilach sięgano więc po stare sposoby, z czasów gdy świat wokół był żywy i pełen istot zdolnych do negocjacji. Te, z którymi negocjowano, żyły zwykle „za płotem”, czyli na skraju ludzkich siedzib, na bagnach przy rzece, na uroczysku na skraju lasu, na wrzosowisku.

– Czy słyszysz, mój ojcze, ten głos w gęstwinie drzew?
To król mnie wabi, to jego śpiew.
– To wiatr, mój synku, to wiatru głos,
Szeleści olcha i szumi wrzos.

Król Olch
Johann Wolfgang von Goethe
tłum. swobodne Wisława Szymborska

Różnie je nazywano. Czasami zbiorczo i enigmatycznie mówiono o nich „Piękny Lud” („The Fair Folk„). W naszych regionach funkcjonowało określenie „Krasny Ludek”, dawniej o niemniej tajemniczych konotacjach. Jednak najpopularniejsze słowo, które znają prawie wszyscy, choć nie wszyscy z tego kontekstu, to angielskie fairy. Podobnie jak chrześcijaństwo określenie to przywędrowało z kulturą rzymską, łącząc źródłosłowem całą zachodnią Europę. Od łacińskiego fata (od fatum – los, przeznaczenie) wypączkowały wszystkie wariacje, od hiszpańskiego hada przez francuskie fée po niemieckie fee.  Co ciekawe typowy polski przekład wróżka jako jeden z niewielu w całej Europie nie zapożyczył brzmienia, ale utrzymał znaczenie. To dobrotliwie brzmiące słowo dzieli pochodzenie z mniej przyjemnym wróg, które pierwotnie oznaczało właśnie los, domyślnie kiepski. Jest to dobre tłumaczenie, chociaż aż do czasu przekładu tekstów zagranicznych w polskim folklorze nie oznaczało raczej istot, z którymi się negocjuje, ale negocjatorów. Na wsi brytyjskiej czasów przedindustrialnych fairies wzbudzały niepokój, na polskiej mało kto przyspieszyłby kroku ze względu na wróżki. Natomiast licho to już inna sprawa. Też, swoją drogą, oznaczające niedolę.

Awake! ye light fairies that trip o’er the heather!

The Scottish Blue Bells
Charles Doyne Sillery

Wrzosowiska tchnęły życie w całe klany takich lich, które stały się wiernymi towarzyszami trudnej codzienności. Zamieszkały w dawnych ruinach i kurhanach, obejmując we władanie wietrzne szczyty i wydeptując swym tańcem kręgi. Ich rodzaj, imiona i przydomki, chociaż dziś już często nierozpoznawalne, ukształtowały mapę od zachodnich rubieży Europy (jak szkockie Beinn na Caillich, Fairy Pools, Trowie Glen) aż po nasze lokalne Diabelskie Pustacie na Pomorzu Zachodnim. Niech was nie zmyli chrześcijańskie nawiązanie, w kulturze ludowej zarówno Polski jak i Niemiec diabły, czarty i inne biesy były postaciami synkretycznymi, pod cienką warstwą oficjalnej symboliki ukrywając pokłady dawnego animizmu. Echo tej praktyki odbija się w przysłowiu „Panu Bogu świeczkę a Diabłu ogarek”, które jest wzorowane na anegdocie przypisywanej świeżemu konwertycie Jagielle. Co prawda nie wiadomo do końca, czy nie była to złośliwość przeciwników politycznych, ale nawet jeżeli, to obrazowało ono sposób myślenia całych grup społecznych. Fairies, elfy, trowy i czarty utknęły tam gdzie ich twórcy, zawieszone gdzieś pomiędzy przytłaczającą realnością przyrody, bliskością pogańskich przodków a grozą chrześcijańskiego piekła, które chętnie przyjmowało w swe szeregi pozostałości dawnych wierzeń. Zbyt żywe w swoich fizycznych emanacjach by odejść wraz ze zburzonymi świątyniami dawnych bóstw, a jednocześnie zbyt kapryśne, by wpasować się w zasady nowego sacrum.

From Craik-cross to Skelfhill-pen,
By every rill, in every glen,
Merry elves their morris pacing,
To aërial minstrelry
Emerald rings on brown heath tracing,
Trip it deft and merrily.
Up, and mark their nimble feet!
Up, and list their music sweet!

Lay of the Last Minstrel
Walter Scott

Fiolet i biel

Podążanie tropem opowieści o wrzosowych lichach prowadzi nas do kolejnej granicy, tym razem tej na której rzeczywistość daje początek legendzie. Szkockie legendy każą szukać śladów fairies tam, gdzie rośnie biały wrzos. Ten rzadki rodzaj ponoć rośnie jedynie tam, gdzie klanowe wojny nie nasączyły ziemi krwią, barwiąc ją na charakterystyczny rudawy odcień. Niemiecki odpowiednik tej historii sięga nieco dalej w przeszłość i krew klanów staje się krwią pogan. W tej narracji wrzosowisko staje się miejscem, w którym czas przestaje płynąć linearnie a staje się mitologicznym bezczasem, gdzie autentyczne historie przekształcają się w archetypy odgrywające się z każdym cyklem przyrody. Z jednej strony więc mamy miejsce przeklęte, cmentarzysko, na którym krew nigdy nie wysycha, co znajduje swoje odbicie w tej mrocznej części symboliki wrzosu jako rośliny, która może łatwo sprzedać swojego pecha. Z widoczną obawą przed nią można się spotkać w folklorze Walii, Szwecji i niektórych miejscach w Polsce, szczególnie w kontekście przynoszenia jej do domu.

Torridon, Szkocja 2015

Z drugiej strony jednak to właśnie to te najstraszniejsze miejsca kryją największe skarby.  Cytując samą Królową Wiktorię, żaden szkocki góral nie przejdzie obojętnie obok białego wrzosu, nie zrywając gałązki. Niektóre podania mówią, że to odcisk stopy fairy, inne, że kwiat nagrobny. Na Wyspach Brytyjskich jest to odpowiednik naszej czterolistnej koniczyny, jednoznaczny symbol szczęścia, a w naszej kontynentalnej Europie tu i ówdzie też można spotkać podobną symbolikę. W źródłach niemieckich można znaleźć informacje o wkładaniu białej gałązki pod poduszkę a we Francji i w okręgu Liège w Belgii jest to dobra wróżba dla domostwa przyszłej żony. Uśmiech losu i jego umiejętne wykorzystanie to częsty motyw tam, gdzie od uważności zależy przetrwanie. Wiąże się z nim też szkocka opowieść z osjańskiego cyklu o kochankach Malwinie i Oskarze. Kiedy Oskar został ranny w bitwie, przekazał przez posłańca Malwinie gałązkę fioletowego wrzosu na pamiątkę swojej miłości. Łzy dziewczyny przemieniły fiolet w biel a jej życzenie, żeby odtąd kwiat, który był symbolem jej bólu, odtąd przynosił znalazcom szczęście, spełniło się.

Tak patrząc sprawa wydaje się więc prosta – fioletowy kwiat to niedola, pech i zapomnienie jakie przypada ludziom wypchniętym na skraj cywilizacji, a biały to odwrotność tegoż: szczęście i gospodarność. Tylko, że nie do końca. Idąc dalej tropem fairies znajdujemy, że za nizinach Szkocji czubki zwykłych, fioletowych młodych roślin były pożywieniem Pięknego Ludu, a sekret warzenia z nich piwa znały ponoć irlandzkie leprechauny. Podania mówią, że był znany Piktom (Szkocja) bądź Danom (Irlandia), zaginął on jednak wraz z nimi. W praktyce jednak można znaleźć multum przepisów na wrzosowe alkohole, herbaty czy nalewki, co pokazuje, że ostatecznie strach ustępował miejsca praktycznym zastosowaniom. Dodatkowo, w czasie święta Beltane (noc na przełomie kwietnia i maja), wrzos, wraz z innymi roślinami, był wrzucany do ognia jako zaklęcie ochronne przeciwko urokowi złego oka a w połączeniu z paprocią jego spalenie miało sprowadzać deszcz. W rejonie południowych Niemiec gałązka za lustrem chroniła przed błyskawicami i gradem a wieniec pod powałą zabezpieczał przed zaklinaniem. Jeżeli od razu macie przed oczami wspomnianą wcześniej szekspirowską wizję czarownic na wrzosowisku to słusznie, niemieckie wyobrażenie zlotów czarownic nie były dalekie od brytyjskiej, ale czemu w takim razie pechowy wiedźmi atrybut broni przed ich działaniem? Tu chyba jest najbardziej fascynująca część symboliki wrzosu i wrzosowiska, nad którą pochylimy się ciut bardziej.

Czarownica

Trudno wyobrazić sobie czarownicę bez miotły, mało kto jednak zastanawia się z czego ta miotła jest tradycyjnie zrobiona. Wrzos zwyczajny (Calluna vulgaris) swą nazwę zawdzięcza greckiemu słowu Kallyno (καλλύνω) oznaczającego „zamiatać, sprzątać”. Wrzos jest jedną z najbardziej tradycyjnych roślin używanych do wyrobu mioteł, podobnie zresztą jak powrozów, strzech czy materacy. Wrzosowe posłania od dawna były chwalone za jakość snu do stopnia wspomnianych wyżej legend o spełnianiu snów przy włożeniu gałązki pod poduszkę, co wraz z długą historią warzenia wrzosowych alkoholi i wrzosowych naparów, tworzy pytanie, czy oby nie ma w tym jakiegoś wspólnego mianownika? W pozycjach o tradycyjnym browarnictwie można znaleźć ciekawą teorię o konieczności mycia wrzosowych gałązek ze względu na halucynogenne właściwości nalotu je pokrywającego, co miałoby sens, ale gwoli ścisłości należy zaznaczyć, iż nie mamy możliwości zweryfikowania źródła tej informacji. Niezależnie jednak od właściwości biologicznych, ta senna aura otaczająca wrzos przy jednoczesnej masie zastosowań prozaicznych wpisuje się w archetypalną wizję czarownicy jako łącznika między światem codziennym a magicznym. Wrzosowa miotła dołącza więc do kądzieli i lustra jako jej atrybutów symbolizujących jej liminalną rolę.

Buy broom buzzems,
Buy them when they’re new
Fine heather bred uns
Better never grew.

Angielska piosenka ludowa

W magii ludowej często działa zasada podobieństwa i używania skojarzonych symboli aby zyskać władzę nad reprezentowanym podmiotem. Im bliższy element reprezentujący, tym poczucie władzy jest silniejsze. W przypadku czarownic miecz ten jednak może być obosieczny – aby zyskać władzę nad nimi trzeba użyć tego, co one mogą użyć po swojemu, co znajduje odzwierciedlenie w mieszanym stosunku do wszystkiego, co się z nimi kojarzy.

Nie tylko jednak wrzos jako roślina gospodarcza przyczynia się do tej symboliki. Również wrzosowisko jako miejsce ma głęboki związek z czarownicami, dalece przekraczający literacką wizję Shakespeare’a. Opisaliśmy już wrzosowisko jako wylęgarnię lich wszelakich, ale jedna rzecz pozostała jeszcze niedopowiedziana. Moc czarownic, która w popularnej kulturze opisywano jako efekt konszachtów z demonicznymi siłami, wiąże się dużo mocniej z diabłem jako jedną z oblicz postpogańskiej mary niż diabłem jako upadłym aniołem chrześcijańskiej symboliki. Mały spacer po zeznaniach podsądnych z czasów procesów o czary pokazuje, że rolę znanego nam popkulturowo diabła jako dawcy mocy często pełni fairy, trow czy inne licho. Co więcej, im dalej się cofnąć w czasie, bądź w im bardziej oderwane od mateczki Rzymu tereny zajść, tym częściej zaczynają one przybierać formę korowodu mar prowadzonego przez władcę bądź władczynię Pięknego Ludu, dzikiej przyrody i zaświatów. Do tej postaci będziemy wracać bardzo często, w pewnym sensie będzie ona nieformalną patronką całego projektu, ale w tym przypadku skupimy się bardziej na ogólnej relacji czarownicy z magicznie rozumianą przyrodą.

Determined now her tomb to build,
Her ample skirt with stones she filled,
And dropped a heap on Carnmore;
Then stepped one thousand yards, to Loar,
And dropped another goodly heap;
And then with one prodigious leap
Gained Carnbeg; and on its height
Displayed the wonders of her might.

And when approached death’s awful doom,
Her chair was placed within the womb
Of hills whose tops with heather bloom.

Jonathan Swift

Jak pewnie nie raz słyszeliście, zlot czarownic odbywa się na Łysej Górze. Nie chodzi jednakowoż tylko o konkretną lokalizację w Świętokrzyskiem, ale ogólnie o koncept Łysej Góry jako miejsca, gdzie świat codzienny i mistyczny łączą się w szalonym tańcu z lichami. Ten koncept w różnych formach również przewija się przez całą Europę, zaczynając od bardzo zbliżonej do polskiej wizji niemieckiej Blocksberg (obecnie pod tą nazwą znana jest głównie góra Brocken, ale jak w przypadku Łysej Góry nie jest jedyną, co nosi to miano i podobny zestaw symboliczny), przez szwedzką Blåkulla, która jest czymś pomiędzy górą a wyspą, aż po niezliczoną ilość brytyjskich czy irlandzkich wzgórz czy kopców nazwanych czy to jakimś odniesieniem do fairies, czy do górskiej wiedźmy Cailleach (którą opisuje w.w. wiersz). Wspólny motyw to odludne, odsłonięte, wietrzne miejsce, często na wyniesieniu. Jak myślicie, jaka roślinność lubi na takim rosnąć?

Brocken, Niemcy 2018

Połączenie wrzosowiska z czarownicami to pokłosie motywu wspomnianego wcześniej korowodu mar, którego przyrodniczą reprezentacją jest wicher i burza, najbardziej spektakularne właśnie na pustych i wyniesionych terenach. Motyw sabatu jest nieodłącznie związany z lataniem, tańcem albo szaleńczym biegiem – a jedną z klasycznych mocy czarownicy w folklorze jest sterowanie wiatrem i zsyłanie burz. Pamiętacie gałązkę za lustrem chroniącą przed nawałnicą i zaklinanie deszczu?

Ogień Majowej Nocy

Jeżeli burze, taniec i płonące aromatyczne gałęzie przywodzą Wam na myśl majowe święta ognia, to nie jesteście pierwsi. Podania mówią, że w Noc Walpurgii na Blocksberg wiedźmy miały 12 dni by przepędzić swym tańcem śnieg. Być może jednym z powodów, dlaczego wrzos zdobył swoją moc zaklinania deszczu, był fakt, że był praktyczną częścią ognisk majowych. Wypalanie starego, pozimowego zielska było praktykowane szeroko, celem przyspieszenia regeneracji pastwisk i w ograniczonej formie stosuje się je po dziś dzień. Spalenie go w postaci ognisk pozwalało nie tylko znaleźć tanie paliwo, ale też było elementem polowych prac wiosennych. Cykl życia wrzosu wiąże się więc w sposób bezpośredni z kalendarzem rolniczym, a co za tym idzie, z chtoniczną magią koła roku. Zakwitnięcie wrzosowiska zwiastuje koniec lata i powolne nadejście ciemności, a jego spłonięcie sprowadza wiosnę.

Co ciekawe, mało kto skojarzy wrzos z czarami ani z lichami. Mandragora, tojad, wilcza jagoda to pierwsze rośliny, które przyjdą na myśl w tym klimacie. Wrzos jest pospolity, nie zabija w wymyślny sposób, nie występuje na zajęciach w Hogwarcie. Jeżeli jednak uważnie przejrzeć historię magicznej Europy będzie się stale przewijał gdzieś w tle. A my postaramy się pójść z Wami właśnie tam, gdzie ścieżki są stare, ale nie zbyt wydeptane.

Czarownica (…) Gdzież jest jej schronienie? W niezbadanej dziczy, w ciernistej gęstwinie lasu, na wrzosowiskach, gdzie przejścia strzegą splątane osty. Znajdziesz ją głęboką nocą, skuloną pod starym dolmenem, skrytą na swych dzikich włościach za zasłoną zabobonnego strachu niczym za pierścieniem ognia.

La Sorcière
Jules Michelet
tłum. własne

Historie o lichach twierdzą, że ten, kto raz dołączył do korowodu mar, już nigdy do końca nie wraca. Jest w tym nutka prawdy, coś uzależniającego czai się w tym szaleńczym pościgu za magią, który prowadzi setki, a czasami tysiące kilometrów na to jedno, nieszczęsne, zapomniane przez cywilizowanych bogów i ludzi wrzosowisko o zachodzie słońca. Szukając czarownicy Micheleta? Stając się nią? Kto wie. Można to nazwać dotknięciem sacrum, a można uznać za niezbyt produktywne i nazbyt drogie hobby.

To jak… Dacie się porwać?

Poczytaj więcej:

„Plant Lore, Legends, and Lyrics: Embracing the Myths, Traditions, Superstitions, and Folk-lore of the Plant Kingdom.” Richard Folkard.
„Dictionary of Plant Lore” Donald Watts
„The Heather in Lore, Lyric and Lay” Alexander Wallace
„Mitologia Niemiecka”, Jakub Grimm
„Make Mead Like a Viking” Jereme Zimmerman